II miejsce - WIKTORIA NYKIEL Z KL. VIII Szkoły Podstawowej w Gniewczynie Łańcuckiej
Inferno serca
Miłość — mówiłeś —
jest jak modlitwa,
co rodzi się w ciszy
i krwawi światłem.
A ja ci powiem:
miłość jest piekłem,
przez które idę boso.
Nie mam przewodnika.
Jest tylko twoje imię
wypalone spod powiek
wymarłych już uczuć.
Gdy patrzę —
gwiazdy spadają mi do gardła
i dławią
jak niewypowiedziane słowa.
Bo miłość nie jest cicha.
Ona krzyczy,
rozsadza żebra,
każe wierzyć w wieczność —
choć wieczność
to tylko sekunda
między słowem
„kocham”
a „odejdź”.
Gdyby moja miłość widziała
moje dłonie,
które drżą jak liście nad przepaścią,
z rozpaczy szukając twojej skóry
jak zbawienia.
A ty?
Pewnie zamknąłbyś mnie w kręgu,
kazał milczeć,
nie kochać
za mocno
i za bardzo.
Ale ja nie chcę zbawienia.
Jeśli miłość jest grzechem —
niech będzie.
Jeśli jest potępieniem —
niech będę potępiona.
Bo człowiek z miłości zrodzony,
z miłości powstał
i z miłości prawdziwej
musi umrzeć.
Migracja
A co jeśli upragniona żądza spokoju nagle mnie zgubi
jak ptak który odciął się od szyku migracji
i przy upragnionej wolności dostrzegł tylko
jak ciężej lata mu się w samotności
Z samotnością bywa różnie
czasem jest cicha
jakby świat w końcu przestał krzyczeć
A czasem
wbija się pod żebra
jak zimne powietrze
którego nie da się wypuścić
I wtedy
wolność przestaje być wyborem
a zaczyna być ciężarem
rozciągniętym między skrzydłami
Bo nikt nie uczy
jak wracać
kiedy samemu wyznaczyło się kierunek
I nikt nie mówi
że można się zgubić
nawet lecąc dokładnie tam
gdzie się chciało
Więc lecę dalej
trochę z potrzeby
trochę z rozpędu
I tylko czasem
patrzę w dół
szukając czegoś znajomego
Jakby gdzieś tam
między liniami dróg
czekał na mnie
mój własny szyk
Spokojnej migracji
Splątane Duszyczki
Na początku byłyśmy dwiema małymi duszyczkami,
które nie znały jeszcze świata.
Pewnego dnia splątałyśmy się ze sobą,
połączone węzłem braterskiej przyjaźni,
choć przecież nie byliśmy rodziną.
Stawialiśmy pierwsze kroki w dorosłość.
Niepewne i chwiejne ,
lecz trzymaliśmy się mocno,
bo każde potknięcie było lżejsze,
gdy podawałaś mi rękę.
Wiedziałam, że mogę być sobą —
bez wstydu, bez udawania,
bez lęku przed własnym strachem.
Bo ktoś wierzył, że stanę się osobą,
którą naprawdę pragnęłam być.
Uczyliśmy się chodzić —
po świecie, który dopiero nas witał.
Każdy krok i każda decyzja uczyły nas odwagi,
A upadki
stawały się naszą lekcją
i dowodem, że możemy iść dalej.
Lecz czas biegnie nieubłaganie.
Codziennie o krok dalej od siebie,
aż pewnego dnia staniemy się sobie obcy.
Czasem mijając się w tłumie,
nasze oczy wciąż będą siebie szukać,
lecz słowa zginą w ścisku.
Może padnie gdzieś „przepraszam”…
Bo ktoś był tutaj kiedyś.
Ktoś był częścią mnie.
I nagle zniknął.
I już go nie ma.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz